Autor: Katarzyna Woch

  • LCA i LCT w projektowaniu Nature-based Solutions – strategia konieczna

    Dlaczego Nature-based Solutions bez LCA stają się ryzykiem regulacyjnym i finansowym oraz jak myślenie cyklem życia (LCT) realnie zmienia decyzje projektowe w adaptacji miast?

    Architekci i architekci krajobrazu projektujący Nature-based Solutions (NbS) znajdują się dziś w momencie przełomowym. Przez lata wystarczało przekonanie, że rozwiązania oparte na przyrodzie „z definicji” są dobre dla klimatu. Dziś to założenie przestaje być wystarczające.

    W praktyce nie chodzi już o to, czy NbS są słuszne ideowo, lecz czy da się je formalnie, prawnie i finansowo obronić – przed audytorem, bankiem, instytucją zarządzającą funduszami, kontrolą publiczną czy najemcą korporacyjnym. Tę obronę zapewnia Life Cycle Thinking (LCT) i rzetelnie policzone Life Cycle Assessment (LCA).

    Regulacje zmieniają reguły gry i… dotykają projektantów

    Zmiana nie wynika z mody ani z narracji ESG, lecz z bardzo konkretnych regulacji. Taksonomia UE nie jest narzędziem komunikacyjnym ani dobrowolnym certyfikatem „zieloności”. Jest elementem prawa finansowego, które zaczyna realnie wpływać na decyzje inwestycyjne.

    Właściciele i zarządcy budynków biurowych, centrów handlowych, portfeli nieruchomości czy infrastruktury miejskiej są – lub w najbliższym czasie będą – zobowiązani do wykazywania zgodności działań z Taksonomią UE, jeżeli korzystają z finansowania bankowego, emitują obligacje, podlegają CSRD albo funkcjonują w łańcuchu wartości dużych podmiotów raportujących.

    Aby działanie adaptacyjne (w tym NbS) mogło zostać uznane za zrównoważone środowiskowo, musi jednocześnie wykazać istotny wkład w jeden z celów środowiskowych oraz spełnić zasadę DNSH (Do No Significant Harm) wobec pozostałych celów Taksonomii UE. Ten drugi warunek dotyczy nie intencji, lecz mierzalnego wpływu w całym cyklu życia: emisji, zużycia zasobów i oddziaływań pośrednich.

    Czasy, w których wystarczał dobry opis lub deklaracja na poziomie raportów rocznych ESG już mamy za sobą. Wchodzimy w erę liczenia śladu środowiskowego, w której wymogi Taksonomii UE spełniamy przedstawiając LCA NbS. Intuicja, że działanie jest „zielone” nie wystarczy.

    Presja raportowa spływa w dół łańcucha wartości

    Równolegle działa mechanizm CSRD i standardów ESRS. Najemcy korporacyjni raportują wpływ środowiskowy w obszarach klimatu, zasobów, wody i bioróżnorodności. To oznacza, że zarządca budynku musi znać ślad środowiskowy rozwiązań zastosowanych nie tylko w samym obiekcie, ale również w jego otoczeniu.

    Jeżeli projekt NbS generuje wysokie emisje w fazie realizacji, wymaga intensywnego utrzymania albo powoduje zwiększone zużycie wody, obciąża raport najemcy. Ten przenosi presję na właściciela, a właściciel — na projektanta. Projektant, który nie dostarcza danych LCA, staje się ryzykiem regulacyjnym.

    Podobny mechanizm zaczyna działać w sektorze publicznym: rośnie presja na wykazywanie efektywności wydatkowania środków, a projekty finansowane ze środków UE podlegają kontroli instytucji zarządzających. W projektach adaptacyjnych, szacowane koszty utrzymania w cyklu życia wkrótce przewyższą wagę wydatków inwestycyjnych (CAPEX), a brak analizy LCA stanie się realnym powodem zakwestionowania projektu.

    Ekonomia i ekologia NbS wygląda inaczej, gdy liczy się cały cykl życia

    Dotychczasowe sposoby oceny kosztów adaptacji z wykorzystaniem rozwiązań opartych na przyrodzie (NbS), okazują się niewystarczające i ryzykowne nie tylko w obszarze kosztów środowiskowych. Również w obszarze finansowym, argument „to się (nie) opłaca” bardzo często wynika z niepełnego ujęcia kosztów. Inwestorzy zestawiają nakłady początkowe, ignorując 20–40 lat eksploatacji. Dopiero ujęcie kosztów w całym cyklu życia pokazuje pełny koszt całkowity (TCO), podatność na wzrost cen energii i wody oraz różnice między NbS projektowanym w logice LCT a „zielenią dekoracyjną”.

    Z kolei, ślad (koszt) środowiskowy oprócz analizy sposobu utrzymania wprowadzonej roślinności, wymaga spojrzenia „wstecz” na emisje, materiałochłonność i oddziaływanie na środowisko na etapach poprzedzających wdrożenie rozwiązania w miejscu inwestycji. Dopiero z tej perspektywy widać czy coś, co wydaje nam się ekologicznym rozwiązaniem adaptacyjnym – najlepszym dla środowiska, jest takie w rzeczywistości. Dopiero takie spojrzenie umożliwia zdefiniowanie właściwych wytycznych dla etapu projektowania i realizacji, choćby w obszarze doboru roślin w NbS. Decyzja o stosowaniu rozwiązań opartych na naturalnej sukcesji („czekamy aż samo wyrośnie”) lub o wykorzystaniu roślin wyprodukowanych bez użycia torfu, powoduje zmniejszenie śladu środowiskowego w obszarze: różnorodności biologicznej (bo nie przyczynia się do likwidacji niezwykle cennych siedlisk podmokłych), wody (bo nie wywołuje osuszania naturalnych rezerwuarów) i klimatu (bo nie powoduje ogromnych emsji gazów cieplarnianych ze zdegradowanych torfowisk).

    Dla właścicieli nieruchomości komercyjnych zgodność z Taksonomią oznacza lepsze warunki finansowania, mniejsze ryzyko stranded assets oraz większą atrakcyjność dla najemców objętych CSRD. Projekt NbS bez LCA nie pracuje na rating ESG obiektu i często nie może być uznany za „zielony nakład inwestycyjny”.

    LCA zmienia rolę projektanta

    Najbardziej niedocenianą konsekwencją LCT i upowszechniania LCA jest zmiana pozycji projektanta w procesie decyzyjnym. Projektant, który mówi wyłącznie o estetyce i funkcji użytkowej, bywa postrzegany jako koszt. Projektant, który potrafi rozmawiać o cyklu życia, wskaźnikach i ryzykach regulacyjnych, staje się doradcą strategicznym, bo zaczyna posługiwać się językiem banków, audytorów, działów ESG i zarządów spółek.

    Przykłady NbS, które bez LCA „oblałyby” Taksonomię UE

    Wiele rozwiązań opartych na przyrodzie funkcjonuje dziś jako „oczywiście zielone”. Problem polega na tym, że Taksonomia UE nie ocenia intencji ani estetyki, lecz mierzalny wpływ w całym cyklu życia.

    Zielone dachy ekstensywne

    Substraty o wysokim śladzie węglowym, transport, wzmocnienia konstrukcji, nawadnianie i serwis często pozostają poza analizą. Bez LCA projekt adaptacji z wykorzystaniem zielonego dachu może nie wykazać realnej redukcji emisji w cyklu życia (mitygacja) i nie spełnić warunku środowiskowego DNSH w obszarze celów: ochrony zasobów wodnych, gospodarki obiegu zamkniętego, zapobiegania zanieczyszczeniom i ochrony bioróżnorodności i ekosystemów .

    Parki kieszonkowe w centrach miast

    Wysokie zużycie wody w pierwszych latach, intensywna pielęgnacja, sezonowe nasadzenia i emisyjna (w cyklu życia) mała architektura powodują, że bilans środowiskowy bywa znacznie gorszy, niż sugeruje narracja „zielonej inwestycji”.

    Systemy retencji z elementami betonowymi

    Rozwiązania przewymiarowane konstrukcyjnie, oparte na betonie, bez porównania z wariantami gruntowymi i roślinnymi, często nie bronią się klimatycznie w LCA.

    Nasadzenia kompensacyjne

    Bez analizy przeżywalności, wymian i utrzymania trudno wykazać trwały efekt adaptacyjny w horyzoncie 30–40 lat.

    „Rozszczelnienia” nawierzchni na rzecz wprowadzenia zieleni

    Nawet jedno z najbardziej oczywistych rozwiązań adaptacyjnych w miastach, wymaga oceny śladu środowiskowego w całym cyklu życia oraz oceny oddziaływania na wszystkie obszary środowiskowe Taksonomii UE, aby projekt działania mógł zapewnić korzystny bilans środowiskowy przedsięwzięcia z uwzględnieniem kosztów ekologicznych utylizacji asfaltu, betonu, ale również mas ziemnych.

    Przykład liczbowy: zielony dach ekstensywny (1 000 m², 30 lat)

    Scenariusz „bez LCA”
    Emisje wbudowane, intensywne utrzymanie i brak scenariusza końca życia dają łącznie ok. 91 kg CO₂e/m² w cyklu 30 lat.

    Scenariusz „z LCA”
    Optymalizacja substratu, ograniczenie nawadniania i uproszczone utrzymanie redukują ślad do ok. 58,5 kg CO₂e/m² — różnica ok. 36%, bez zmiany funkcji obiektu.

    Przykład liczbowy: ogród deszczowy (50 m², 30 lat)

    Bez LCA: wysoki udział geosyntetyków i transport materiałów → ok. 15,3 kg CO₂e/m²
    Z LCA: lokalne materiały, redukcja geokompozytu → ok. 6,95 kg CO₂e/m²
    Redukcja: ok. 54% dla tego samego celu adaptacyjnego.

    Wniosek

    Projektowanie adaptacji do zmiany klimatu wymaga nowego spojrzenia zarówno na rozwiązanie adaptacyjne – NbS, jak i na obszar adaptacji – kryzys planetarny (klimat, różnorodność biologiczna, zanieczyszczenia, odpady). Jeżeli projektujemy bez myślenia cyklem życia (LCT), bez liczenia śladu środowiskowego (LCA) oraz bez oceny i możliwości wykazania DNSH, przestajemy konkurować z innymi projektantami, czy rozwiązaniami. Konkurujemy z regulacjami, które właśnie wchodzą w życie.

    LCA nie jest dodatkiem ani „ekstra analizą”, również w przypadku rozwiązxań opartych na przyrodzie. Jest minimalnym warunkiem obrony projektów adaptacyjnych w realiach Taksonomii UE, CSRD i presji łańcucha wartości. Projekt, którego nie da się obronić w cyklu życia, będzie coraz częściej przegrywał na etapie decyzji finansowej.

  • Dlaczego adaptacja klimatyczna w polskich miastach wciąż się nie wydarza? Trzy bariery, o których rzadko się mówi

    Przestrzeń dla adaptacji

    W ostatnich latach adaptacja miast do zmiany klimatu stała się pojęciem powszechnie używanym – w strategiach, dokumentach programowych, konkursach architektonicznych i narracjach inwestycyjnych. Jednocześnie, gdy schodzimy z poziomu deklaracji do poziomu konkretnych obiektów – budynków i ich bezpośredniego otoczenia – adaptacja bardzo często okazuje się niemożliwa lub skrajnie ograniczona.

    Powodem nie jest brak wiedzy, technologii czy narzędzi. Nie jest nim również niewiedza na temat zagrożeń klimatycznych. Problem leży gdzie indziej – w hierarchii priorytetów, które wciąż rządzą projektowaniem, zarządzaniem i użytkowaniem obiektów w miastach. Priorytety te są silnie zakorzenione w przekonaniach, praktykach instytucjonalnych i niechęci do ich zmiany, nawet w obliczu narastających ryzyk.

    Na podstawie doświadczeń z ocen podatności klimatycznej obiektów w terenach zurbanizowanych można wyróżnić trzy powtarzalne typy barier, wynikające z utrwalonych przekonań, które w sposób systemowy blokują realną adaptację.

    Zanim jednak przejdziemy do ich omówienia, konieczne jest doprecyzowanie jeszcze jednego, fundamentalnego kontekstu. Bardzo często adaptacja planowana jest w sposób niewłaściwy nie dlatego, że napotyka opisane bariery, lecz dlatego, że już na etapie diagnozy problem zostaje źle zdefiniowany. Redukowanie adaptacji wyłącznie do reakcji na wybrane skutki zmiany klimatu prowadzi do działań fragmentarycznych, a w konsekwencji do maladaptacji. Bez osadzenia adaptacji w szerszym kontekście kryzysu planetarnego nawet najlepsze intencje i narzędzia projektowe nie prowadzą do realnego zwiększenia odporności obiektów i miast.


    Adaptacja obiektów w kontekście kryzysu planetarnego

    Mówiąc o adaptacji, powinniśmy myśleć szerzej niż tylko o zmianie klimatu. Funkcjonujemy w warunkach kryzysu planetarnego, obejmującego jednocześnie szereg powiązanych ze sobą zjawisk. Tymczasem kontekst w jakim osadzane są plany i działania adaptacyjne w miastach, dotyczą najcześciej wzrostu temperatury, zmiany wzorców opadów, częstotliwości ekstremów pogodowych i zjawisk pochodnych, takich jak: Miejska Wyspa Ciepła, powodzie błyskawiczne, susza. To nie wystarczy. W ocenie ryzyka klimatycznego konieczne jest uwzględnienie całości kryzysu, na który składa się również: utrata bioróżnorodności, presja zanieczyszczeń, odpadów i zużycia zasobów. Do tego dochodzi cała grupa zjawisk gospodarczych, jak rosnące ryzyka systemowe (energetyczne, wodne, infrastrukturalne) i niepewność determinowana przez dynamiczne otoczenie prawne, ekonomiczne i społeczne.

    Adaptacja infrastruktury w miastach oznacza więc nie tylko „radzenie sobie z upałem i deszczem”, ale przystosowanie budynków i przestrzeni do bezpiecznego, długoterminowego funkcjonowania w zmieniających się warunkach zdefiniowanych przez wszystkie powyższe obszary łącznie. To, co ważne i o czym często zapominamy, to kwestia precyzyjnego określenia potrzeb adaptacyjnych całego systemu (powiązanych elementów), a więc zarówno wymiaru fizycznego (technicznego) obiektów, jak też wymiaru zarządczego, a następnie właściwego doboru rozwiązań adaptacyjnych, czyli uwzględniającego kontekst całości kryzysu planetarnego.

    Nie wystarczy „zazieleniać”. Trzeba patrzeć szeroko, aby działania były prawdziwą adaptacją, a nie maladaptacją (a komunikacyjnie – greenwashingiem).

    Umiejętność szerokiego patrzenia wciąż przed nami. Jednakże nie jest to jedyna bariera, stojąca na drodze skutecznego adaptacji. Istnieje coś, co wydaje się pilniejsze dla zmiany, z czym nawet najlepsze diagnozy podatności, potrzeb i możliwości adaptacyjnych przegrywają. Są to istniejące w zarządzaniu przestrzenią miejską i obiektami priorytety.


    Bariera pierwsza: obiekt pod ochroną konserwatorską

    Najbardziej oczywistym typem bariery adaptacyjnej są obiekty objęte ochroną konserwatorską. W ich przypadku nadrzędnym celem pozostaje zachowanie osi widokowych, niezmienności elewacji oraz historycznej formy i kompozycji przestrzeni. W praktyce oznacza to, że te elementy niemal zawsze okazują się ważniejsze niż ograniczenie stresu termicznego użytkowników, możliwość wprowadzenia cienia, poprawa mikroklimatu czy retencja wody opadowej.

    Drzewa przy elewacjach stają się problemem. Pnącza traktowane są jako ingerencja w substancję zabytkową. Zacienienie placów bywa uznawane za naruszenie wartości historycznych. W efekcie ochrona dziedzictwa sprowadza się do ochrony obrazu, a nie funkcji.

    Tymczasem obiekty zabytkowe projektowano dla klimatu, który już nie istnieje, oraz dla sposobu użytkowania, który często uległ zasadniczej zmianie. Brak adaptacji nie jest więc działaniem neutralnym. Oznacza przyspieszoną degradację materiałową, funkcjonalną i społeczną, a w dłuższej perspektywie – utratę zdolności tych obiektów do pełnienia realnej roli w życiu miasta.


    Bariera druga: ikona architektury i „nietykalność formy”

    Drugim typem obiektu szczególnie trudnym do adaptacji jest tzw. ikona architektury – budynek, którego wartość została zdefiniowana przede wszystkim przez jego formę. W takich przypadkach nie wolno zasłaniać elewacji, nie wolno wprowadzać drzew w określonych osiach widokowych, a o zielonych fasadach czy pnączach zazwyczaj „nie ma mowy”.

    Z perspektywy adaptacji oznacza to brak możliwości naturalnego zacienienia, obniżenia temperatury otoczenia, redukcji zapotrzebowania na energię czy ochrony użytkowników przed stresem cieplnym. Priorytetem pozostaje zachowanie pierwotnej wizji projektowej, często całkowicie nieadekwatnej do realiów kryzysu planetarnego.

    Estetyka, rozumiana jako „czystość bryły”, staje się ważniejsza niż zdolność obiektu do bezpiecznego i komfortowego funkcjonowania. W efekcie adaptacja bywa postrzegana jako zagrożenie dla architektury, zamiast jako jej konieczne i odpowiedzialne uzupełnienie.


    Bariera trzecia: obiekt komercyjny i prymat reklamy

    Trzecią, niezwykle silną barierą adaptacyjną są obiekty komercyjne, w których kluczowym priorytetem pozostaje widoczność pól reklamowych. Mechanizm ten przypomina ochronę osi widokowych w zabytkach, z tą różnicą, że celem nie jest elewacja, lecz powierzchnia ekspozycyjna reklamy.

    W takich obiektach zachowanie widoczności reklamy wygrywa z możliwością zacienienia przestrzeni, drzewa i zieleń wysoka traktowane są jako przeszkoda, a adaptacja do rosnących temperatur schodzi na dalszy plan. Reklama okazuje się ważniejsza niż komfort użytkowników, bezpieczeństwo klimatyczne i długoterminowa odporność obiektu.

    Jest to podejście krótkowzroczne, generujące narastające koszty eksploatacyjne i społeczne, a mimo to wciąż powszechnie akceptowane w procesach decyzyjnych.ne, ale wciąż powszechnie akceptowane w procesach decyzyjnych.


    Wspólny mianownik: nieaktualne priorytety

    Choć trzy opisane typy obiektów różnią się formalnie, łączy je jeden mechanizm: adaptacja przegrywa z priorytetami głęboko zakorzenionymi kulturowo i instytucjonalnie – w przeszłości. W przypadku zabytków wygrywa obraz dziedzictwa, w ikonach architektury – nienaruszalność formy, a w obiektach komercyjnych – widoczność reklamy.

    Dopóki te priorytety pozostają nienaruszalne, adaptacja obiektów w miastach pozostaje pojęciem teoretycznym – dodatkiem, „kwiatkiem do kożucha”, który dobrze wygląda w dokumentach strategicznych, lecz nie przekłada się na realną zmianę.


    To dopiero połowa problemu

    Opisane bariery dotyczą obiektów już istniejących. Równolegle pozostaje problem projektowania nowych budynków w oderwaniu od uwarunkowań środowiskowych – temat, który wymaga osobnej analizy. Wspólnym źródłem obu problemów jest jednak to samo założenie: że architektura może funkcjonować wbrew środowisku, a adaptacja jest czymś opcjonalnym.


    Co dalej

    W kolejnych artykułach tej serii każda z opisanych barier zostanie omówiona osobno: ochrona zabytków w warunkach zmiany klimatu, ikony architektury i ich podatność środowiskowa oraz komercjalizacja przestrzeni jako systemowa bariera adaptacji.

    Celem nie jest krytyka pojedynczych obiektów, lecz ujawnienie mechanizmów, które blokują adaptację miast w epoce kryzysu planetarnego.

    Adaptacja obiektów w miastach nie jest dziś problemem technicznym. Jest problemem decyzyjnym i kulturowym. Dopóki nie zmienimy hierarchii priorytetów, miasta będą coraz bardziej podatne – niezależnie od liczby strategii, raportów i deklaracji.